Wspomnienia z Krasnego – Jerzy Kudelski

Dzień był ciepły i suchy. Opony zielonego Poloneza wzbijały pył na poboczach asfaltu. Po prawej stronie kierowcy – żołnierza, siedzący płk. dr Zygmunt Kosztyła patrzy z uwagą na sztabową mapkę okolic Zabłudowa. Po chwili odwraca się w kierunku tylnego siedzenia i mówi do mnie: Czy może Pan jeszcze raz dokładnie opowiedzieć o Krasnem  i odwrocie kawalerii przez tę osadę?  Naturalnie! Ileż to jednak lat – Panie Pułkowniku można wędrować po Polsce, a nie dowiedzieć się, iż na jej rubieżach płn. wschodnich istnieje malownicza osada pod Zabłudowem o nazwie Krasne. Miejscowość tą już znano w XVII w. Przechodziła ona różne koleje losu w okresie zaborów, zmieniając swych właścicieli. Ostatnim z nich w 1939 roku był baron Manteuffel.

Opowiadanie chwilowo przerywam, zbliżamy się bowiem do Zabłudowa. Na dobrą sprawę – myślę – wszystko w tym miasteczku ciężko doświadczonym pożarem wojny, ociera się obecnie o jedną główną ulicę Białostocką, na którą wpadliśmy z szosy spoza zakrętu. Mijamy stare parterowe nieliczne domostwa, zagrody, niezabudowane place, aby na wypalonym 1941 roku czasu frontu Rynku, skręcić nagle przed kościołem w dół w stronę rzeczki Rudni, przebiec mostek, oprzeć się o kamienne ogrodzenie starego cmentarza i pędzić ku Folwarkom Małym. Jeszcze jeden zakręt w lewo i jesteśmy na miejscu. Wysiadamy obok drewnianego pałacyku Manteuffla w którym obecnie mieści się Dom Dziecka. Rozmawiamy z jego pracownikami. Dom ten zewnętrznie  wcale nie jest tak ładny, ale wraz z zabudowaniami gospodarczymi utopiony jest w zieleni lasu sosnowego, otoczony ogrodem i sadem ożółconym już jesienią. O jego atmosferze nie decydowały jednak ściany w trudnych dniach września ale jego mieszkańcy.

Pułkownik idzie obok – słucha z zainteresowaniem mych wspomnień. Przyjazd z nim i spacer po Krasnem traktuję niemal jak misję historyczną. Po chwili znaleźliśmy się na skraju zabudowań dworskich z ograniczonym obecnie olszynami polem widzenia na niżej położone rozległe łąki i pastwiska ciągnące się ku szosie zabłudowskiej do Białegostoku.

Przez te pastwiska w upalny dzień 16 września 1939 roku przechodziła grupa kawalerii. To były oddziały na koniach maści karej. Ostrzelano je z szosy białostockiej.  Konie okryte pianą szły galopem jak gdyby wicher je pędził w kierunku lasu i dworu. Widziałem je dobrze z odległości 50 metrów. Przeskakiwały rowy i ogrodzenia z drutów kolczastych. Ułani pochyleni leżeli dosłownie na ich grzywach.  Nad nimi rozrywały się szrapnele w postaci małych białych kłębiastych obłoczków. Niosły one w tych „obłoczkach” śmiercionośne odłamki.  Widziałem, że jeden z jeźdźców zsunął się z konia, a ten w grupie 8 czy 10 ułanów wpadł między zabudowania dworskie. Stanęli wszyscy. Konie dyszały i parskały, chrzęściły nowe rzemienie uprzęży, szczękały kawaleryjskie szable. Po ułana pobiegło na pastwisko kilku domowników. W tym czasie pani baronowa w rozmowach z przybyłymi żołnierzami wyraziła zgodę na dostarczenie cywilnych ubrań dla tych, którzy zrezygnowali z dalszej walki. Konie ich zostały rozsiodłane. Do wykopanego dołu w pobliżu dworu i sosnowego zagajnika – ciągnęliśmy rzędy końskie, ładownice, pasy i szable kawaleryjskie, karabinki mausery, bagnety…

Patrzyłem na to mienie wojskowe. Służyło ono zaledwie kilka dni, wyciągnięte z magazynów garnizonowych w chwili mobilizacji. Już wówczas pomyślałem, że muszę tu wrócić. Wojna bowiem według komunikatów radia – miała trwać nie dłużej niż dwa tygodnie!

Po chwili słychać od Rafałówki pomruk nadlatującego samolotu. Ruch na dworze zamiera. Maszyna już jest za nami. Swój czy obcy? Leci na bardzo niskim pułapie. Ukryty wraz z innymi w krzakach zagajnika widzę ją dobrze. Na lewym boku kadłuba za skrzydłem i na górnym płacie ogona – czarne krzyże. Jest to rozpoznawczy Henschel. Lotnik obserwuje zgrupowane konie przed dworem.  Nikt jednak nie strzela.  Niemiec odlatuje w kierunku Zabłudowa. Wstajemy. Zasypujemy. Leśny żółty piasek suchy jak mąka szybko pokrywa ułańskie szable i siodła… Trzeba się spieszyć, bowiem na drodze, wówczas piaszczystej – od kościoła zabłudowskiego, ukazuje się niemiecka kolumna wojskowa. Część żołnierzy w cywilnych ubraniach bez jakiegokolwiek odpoczynku uchodzi ze dworu. Również po ułanach, którzy podjęli dalszą walkę – po chwili zostają tylko ślady podków na zagonach i duktach leśnych Krasnego.

Chodzimy z pułkownikiem po tym lesie, zatrzymujemy się, gadamy, milczymy. Diabelnie trudno zorientować się w mało znanym leśnym terenie po 47 latach i zlokalizować miejsce ukrycia ułańskiego sprzętu i wyposażenia. W pewnej chwili pułkownik mówi: Przyjedziemy po raz drugi na cały dzień z kuchnią, wojskiem i odpowiednio silnymi wykrywaczami, które sprowadzę z Warszawy. Nie przyjechaliśmy…

Pułkownik w krótkim czasie zmarł.

                                                                                               Jerzy Kudelski

Kościół parafialny pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła w Zabłudowie, fot. ze zbiorów Autora

P.S. Płk dr Zygmunt Kosztyła, dyrektor Muzeum Wojska w Białymstoku zmarł w 1987 roku