Jestem uważnym obserwatorem

Z Michałem Czarneckim, białostockim songwriterem, który 18 stycznia wystąpił w M-GCKiS w Choroszczy, rozmawiamy o podpatrywaniu, byciu zdystansowanym narratorem, a także o tym, czy istnieje odpowiedni wiek do śpiewania o uczuciach.

Czy Twoi sąsiedzi boją się, że staną się bohaterami Twoich piosenek?

(śmiech) Nie. Wydaje mi się, że nadal jestem artystą średniego, a nawet bardzo lokalnego formatu – gram jeden do dwóch koncertów w roku, więc nie wydaje mi się, by moja twórczość była aż tak szeroko dostępna i znana. Ale tak, jestem uważnym obserwatorem i myślę, że rzeczy poukrywane w moich piosenkach to z jednej strony własne obserwacje, a z drugiej to trochę jak z tym pojęciem z socjologii, które nazywa się „typ idealny”, że śpiewam o jaskrawych przykładach, które wyczerpują cechy jakiegoś zjawiska, co do którego wiadomo, że istnieje, i w sumie jest na tyle powszechne, że czasem wystarczy się zatrzymać, by je dostrzec. Na pewno łatwo mi podpatrzeć gdzieś blisko siebie – może nawet w sąsiedztwie – pewne rzeczy, ale one są uogólniane do większej grupy, niekoniecznie do konkretnych osób. A nawet jeśli ktoś z sąsiadów mnie kojarzy jako songwritera, to przy mądrym podejściu znajdzie w moich tekstach raczej pewną ogólną prawdę niż drobiazgową obserwację.

Kiedy się Ciebie słucha, ma się wrażenie, że potrafisz napisać piosenki o wszystkim.

Chyba o wszystkim poza tematami osobistymi, takimi, które dotyczą mnie bezpośrednio. Nawet kiedy śpiewam w pierwszej osobie i jestem „bezsennym dozorcą”, to wydaje mi się słyszalny fakt, że się od tego dystansuję. Jeśli ktoś mnie zna, to wie, że przemycam treści, które mnie na przykład irytują, w aktorski – lub mam nadzieję aktorski – sposób wchodzę wówczas w pewną rolę. Ale unikam śpiewania o miłości, bo mimo że co jakiś czas na scenie się pojawiam, to miłość jest zbyt ważna, by opowiadać o niej za pomocą moich raptem trzech akordów, które znam i mi się sprawdzają… (śmiech). Może to kwestia dojrzałości, tej scenicznej oczywiście.

Ale o miłości można też śpiewać, mając 15 lat!

Owszem, i takie piosenki są wspaniałe, naprawdę piękne, dzięki pewnej młodej i szczerej intencji opowiedzenia o tym dzięki muzyce. Ale ja nadal nie jestem w stanie się na tyle odsłonić – stąd tak dużo w moim repertuarze piosenek o ludziach, a nie o mnie jako człowieku. Ciągle jeszcze czekam na moment, kiedy powiem: OK, wydaję materiał z intymnymi piosenkami. Mam jeden numer, który śpiewam dla córki, i jest on bardzo emocjonalny – na to jestem gotowy w kontekście pokazywania pewnego obszaru czy też relacji ojca z córką, a także swego rodzaju raczenia się tą relacją. Ale dalej nie uważam, że to już ten moment, kiedy potrafię przelać swoje uczucia bezpośrednio w tekst.

Czyli twierdzisz, że nie śpiewasz o sobie?

Śpiewam o sobie w raptem trzech piosenkach. Natomiast inną sprawą jest to, czy się identyfikuję z pierwszą osobą albo z każdą inną osobą z moich piosenek. Wszystko bierze się z analizy. Każdy artysta może patrzeć na te same zachowania czy procesy, a wyciągnąć z tego coś innego. A to, co konkretnie z tego wyciągniemy, świadczy o nas. To indywidualna, widoczna w tekstach soczewka, identyfikowalna z tą osobą, która to wykonuje.

A czy kiedyś nastąpi ten moment, że wydasz płytę o sobie?

Na razie o tym nie myślę, ale może wydam jakąś EP-kę pod tytułem „Piosenki intymne” czy „Piosenki osobiste”. Tam by się na pewno znalazł tekst „Na pół”, czyli wspomniana wcześniej piosenka dla mojej córki. Umieściłbym tam też na pewno piosenkę „Dzieckiem”, jeden z moich najstarszych utworów, napisany kilkanaście lat temu w formie wiersza, a także „Chłopcem” – czyli tekst sprzed około roku, w którym wspominam wydarzenia ze swojego dzieciństwa. Tam jest fragmencik o mnie: „Gdybym był chłopcem znów i rósł, tobym nie skrzywdził tej ryby”. Śpiewam tam też, że jeśli coś w Adasiu siedzi i męczy, to prawdopodobnie na starość Adam to wyjęczy. Prosta narracja o tym, że są rzeczy, za którymi tęsknimy lub które zrobilibyśmy inaczej, ale jesteśmy już tu, w dorosłości, i nie ma przebacz… Ale generalnie fragmenty o mnie wprost to wyjątki w mojej twórczości.

Ale śpiewasz nie tylko swoje teksty. Jak to się stało, że wziąłeś na warsztat wiersze białostockich poetów?

Bardzo lubię poezję, ona we mnie mocno rezonuje. Do wielu tekstów, na przykład Wiesława Szymańskiego, podchodziłem wielokrotnie. Są one zupełnie „niepiosenkowe”, bardzo trudno do nich napisać melodię. Ale za to bardzo łatwo było mi w nich „zaczepić” temat miłości. Przykładowo tekst „Joannie w dniu urodzin”, który Szymański napisał dla swojej żony, bardzo do mnie przemawia poprzez szczerość w miłości. To przepiękny tekst o oddaniu na dobre i na złe. W każdym wersie tego wiersza odnalazłem bezkresną miłość, którą od razu poczułem – bo to uczucie, które doskonale znam.

Czyli to swego rodzaju wytrych do śpiewania o miłości!

Tak. Kiedy ten numer śpiewam, zawsze zerkam na moją partnerkę życiową, która zresztą bardzo lubi tę piosenkę. Gram ją na każdym koncercie, bo mogę w ten sposób powiedzieć to, co trzeba, temu, komu trzeba, a jednocześnie pozostać nadal w jakimś sensie trzecioosobowym narratorem.

W Twojej narracji mocno czuć sympatię i czułość do Twoich nie zawsze postępujących racjonalnie, często za to błądzących bohaterów.

Nie wiem, czy mam czułość, ale ogólnie mam wysoko rozwinięta empatię i wrażliwość na drugiego człowieka. Na przykład zawsze czuję problem z nazwaniem swoich bohaterów – których przecież muszę jakoś nazwać dla potrzeb narracji! – imionami popularnymi wśród moich znajomych, żeby nie odnosili tego do siebie. Na pewno tworząc, nie chcę oceniać, nie chcę też zamykać fabuły. Zostawiam furtkę, żeby to była jednak opowieść niepokolorowana, żeby każdy sam mógł sobie ją pokolorować. Staram się unikać bezpośredniego pisania o tym, co jest dobre, a co niedobre. Jest to możliwe dzięki ironii – ona pozwala na pominięcie wątku oceny, ale pokazanie, po której stronie stoi autor.

Dziękuję za rozmowę.