Jerzy Kudelski: wspomnienia i zapiski

Wspomnienia o moim bracie, płk.dr. Ryszardzie Kudelskim (1927-2011) z wojennych krwawych wydarzeń z nim związanych, których byłem świadkiem. W sierpniu 1944 roku, znalazłem się pod Knyszynem w obszarze walk sowiecko-niemieckich. W owych to dniach, idąc z bratem polnymi ścieżkami, zostaliśmy ostrzelani przez sowiecki działon. O tym precedensie piszę na poniższych kartkach książki “Wspomnienia i zapiski”, wydanej w oparciu o mój notatnik frontowy, pokrywający się już dziś pyłem zapomnienia. 

Jerzy Kudelski


Upalny dzień, a był to wtorek 8 sierpnia 1944 roku, zbliżał się ku końcowi. 

W tym czasie idąc z bratem polną miedzą, wokół ściernisk, zbliżaliśmy się do łanu jęczmienia. Jak na porę wojenną, cicho tu było prawie. Szliśmy już pod górkę, gdy nagle z prawej strony ucho moje zaczęło chwytać znany świergot zbliżającego się i zniżającego pocisku artyleryjskiego. Na ułamek sekundy – mignął lśniący, czarny przedmiot, odcinający się wyraźnie od tła nieba! W ostatniej chwili zadziałał samozachowawczy instynkt! Na sekundę przed eksplozją, zwaliłem się z bratem w bruzdę między’ zagony ścierniska i przywarłem do niej… Targnęło powietrzem! Ziemia tuż przed nami uniosła się olbrzymim słupem! Wraz z nią wytrysnął kłąb szaro-żółtego gryzącego dymu! Huk!… fontanny piachu z kamieniami i odłamkami wyjąć opadały na ściernisko. Przysypany ziemią, przez gęste żółte chmury śmierdzące siarką dymu – nic przed sobą nie widziałem. Jedynie suchość w gardle, nieznośny chłód pod porwaną koszulą i drżenie członków.„ W uszach szum i silne dzwonienie, otwarte usta z trudem chwytały powietrze.

Dym leniwie pełzał po ścierniskach. Leżąc nadal w bruździe, uniosłem głowę i wstrząśnięty – wlepiłem oczy! Przede mną w pozycji siedzącej kręcił się brat w jakimś zawrotnym tańcu. Nieopanowane ręce trzepotały jak skrzydła ptaka, usiłując uchwycić nagą skrwawioną stopę. Kręcąc się krzyczał.

Z objętej drapieżnym oddechem śmierci, osnutej dymami eksplozji pocisku, bil w niebios bezsilny, nie dosłyszalny chyba przez samego Boga – krzyk i skarga rannego, ginącego człowieka! A ja z odległości 2 metrów usiłowałem go… bezskutecznie usłyszeć, ogłuchłem!

Ogłuchłem na kilka dni.

Jak doszło do tragedii?

Otóż front sowiecki zbliżał się nieustannie. Bitwy’ ciągnęły po sobie szybko, niby chmury wiosenne.

Był już początek sierpnia 1944 roku, gdy walki ogarnęły również ziemie Podlasia od Tykocina po Knyszyn. Na tych to polach toczyły się krwawe pozycyjne boje ze zmiennym szczęściem. Już wówczas Luftwaffe nie panowało nad niebem jak w 1939 roku. Jedynie pancerny kułak – deutsche panzertruppen, ukryty w wiejskich opłotkach Długołęki – nękany ogniem artyleryjskim przeciwnika, był groźny. Usiłował bowiem otworzyć drogę odwrotu dla Werhmachtu na kierunku Morusy – Tykocin, przez przebicie się i uchwycenie mostu drogowego w Tykocinie nad rzeką Narew.

W pasie tych walk i na tzw. ziemi niczyjej – między okopami niemieckimi i pozycjami sowieckimi, znalazło się wielu „bieżeńcow”, poganiających swe trzody i przemieszczających się żarliwie z miejsca na miejsce oraz obok rodzin miejscowych, ludzie którzy nie zdążyli, zapaść w uroczyskach i oczeretach Bagno Wizna lub pobliskich Bagnach Nadbiebrzańskich. Tak się złożyło, że we wrześniu 1939 roku — wychodząc z ziemi zabłudowskiej, przetrwałem szczęśliwie okupacyjne burze i oto znalazłem się w tym napływowym tłumie przybyszów.

Na obszarze frontowym wsie opustoszały. Miejscowi bowiem poukrywali się w dziurach na ziemniaki i innych znanych im tylko kryjówkach wraz ze swym dobytkiem. Z przybyszami było gorzej. Brakowało przede wszystkim żywności.

Z odległej, zapadłej w kącie kwatery wiejskiej, gdzie stary zegar z tarczą malowaną w kwiaty i kołyszącym się wahadłem wybijał godziny klęsk i zwycięstw’ i gdzie tylko muchy łażące po szybie okiennej, odporne na kataklizmy wojny, brzęczeniem swym przerywały panującą wokół zagrody popołudniową ciszę – nie chciało mi się wychodzić. Ciężka omdlałość po upalnym dniu i jego frontowych przeżyciach, nie zachęcała do dalszego wysiłku fizycznego i wymarszu. Mu-siałem jednak wraz z bratem pomóc innym w dostarczeniu żywności. Było to połączone z ryzykiem. W polu podczas dnia lub nocą mogły nas ogarnąć patrole wojskowe. Na moment uświadomiłem też sobie, że mogliśmy być ostrzelani, ponieważ gościniec do którego mieliśmy dojść, sowieci trzymali pod ogniem artylerii.

Wyruszyliśmy jednak po spalonych od słońca ugorach i ścierniskach, gdzie przy chylącej się już tarczy słonecznej, każde wgłębienie gruntu – gąsienicy czołgu czy kopyt końskich lub buta żołnierskiego, a nawet każdy kopczyk kretowiska – wyrzynało się z krajobrazu, grubo podkreślone przez nadchodzący jesienny wieczór. Niebo jeszcze nie ciemniało, a widoczność była dobra. Szliśmy ostrożnie. Tylko daleko na prawo od nas, strzały wybuchały nieregularnie z krótkimi przerwami po kilka na raz. Nie mieliśmy na sobie mundurów, broni ani też jakiegokolwiek oporządzenia wojskowego, nawet dokumentów. W podartych portkach chłopskich i przepoconych szarych koszulach, spokojnie, ufni w powodzenie naszego wypadu, kroczyliśmy ku swemu przeznaczeniu…

Lekarz wojskowy z Wehrmachtu uratował życie brata. Nie został on też kaleką. Nogi nie trzeba było amputować, dzięki pomocy Niemca, którego uważaliśmy za wroga. A ty „przyjacielu” bratniej armii – chciałeś nas zabić!

Czy na tym ściernisku w sierpniowy, bezchmurny piękny zachód słońca – dwóch młodych, bezbronnych ludzi wyglądających na parobków dworskich, których namierzyłeś w lornetce z odległości około 2 km – zagrażało tobie ukrytemu na linii frontu? A może zagrażało armii i twemu imperium?

Rana zabliźniła się ale blizna pozostała wraz z pamięcią… 

Źródło:
Jerzy Kudelski: Wspomnienia i zapiski, 2001, str. 26-30
Rocznik Zabłudowski, 2012, TOM 6, str. 145