Fotografuję z ciekawości

Z Piotrem Niedźwiedziem, białostockim fotografem, którego wystawę „Ostatni przystanek” będzie można oglądać w M-GCKiS w Choroszczy od 18 stycznia, rozmawiamy o fotografii analogowej, magii dziejącej się w ciemni oraz o sentymentalnych podróżach w czasie.

Po co Panu fotografia?

Żeby zająć wolny czas. Ja zacząłem fotografować z ciekawości. Oglądałem dużo zdjęć, okazało się, że mi się to podoba, więc postanowiłem sam spróbować. To były lata 90., więc oczywiście zaczynałem od aparatów analogowych: tak zwanych małpek i różnych rosyjskich sprzętów. Fotografowałem wtedy okazjonalnie: wycieczki, jakieś wygłupy z kolegami i tak dalej, nie bardzo zwracając uwagę na to, co robię. Potem miałem dłuższą przerwę, ale kilkanaście lat temu wróciłem do zdjęć i tak już zostało.

Wtedy były już aparaty cyfrowe.

Tak, wtedy zacząłem robić zdjęcia lustrzanką. Ale po paru latach uświadomiłem sobie, że w domu gdzieś mogą być jeszcze te moje stare sprzęty. Wprawdzie ich wtedy nie znalazłem, ale kupiłem sobie aparat Zenit i zrobiłem nim parę rolek, a potem poszukałem sobie już czegoś lepszego i od tego czasu fotografuję głównie na filmie – 80 procent moich zdjęć to zdjęcia analogowe.

Dlaczego fotografowie sięgają dziś po analogi?

Ja robię to przede wszystkim po to, żeby przedłużyć sobie proces twórczy. Poza tym zawodowo zajmuję się komputerami, dlatego kolejne godziny siedzenia przed ekranem nie byłyby dla mnie atrakcyjne. Fotografia analogowa, bezkomputerowa, daje dużo frajdy – masz wtedy poczucie robienia czegoś manualnego, czegoś własnego, bez Photoshopa, bez efekciarstwa.Dysponujesz też tylko na przykład 36 klatkami. Less is more [mniej znaczy więcej]. Poza tym charakter filmu analogowego, zwłaszcza czarno-białego, jest dla mnie niepowtarzalny, mimo że istnieją sposoby, żeby „podrobić” go elektronicznie, ale to nigdy nie to samo. Do tego fotografia analogowa kojarzy mi się z młodością, więc jest to dla mnie de facto jakaś próba odtworzenia vintage’owych czasów.

Cały proces, od wywołania filmu po odbitki – to wszystko robi Pan sam. Jak to po kolei wygląda?

Oczywiście zaczynamy od założenia filmu. Po tym, jak już zrobimy zdjęcia, zwijamy film w aparacie, wyjmujemy go i wchodzimy do ciemni.

Dla naszego pokolenia to dość oczywisty proces, ale gdyby miał to Pan wytłumaczyć młodszym: czym jest ciemnia?

Ciemnia to po prostu pomieszczenie, w którym nie ma światła – w mieszkaniu najczęściej i najłatwiej robi się ją w łazience. Istnieje też na przykład rękaw ciemniowy, czyli rodzaj bardzo ciemnej torby, do której wkładamy same ręce. Zasadniczo chodzi o to, żeby nie było tam żadnego światła, żeby nie naświetlić filmu, bo każda ekspozycja kliszy na światło równa się utracie całej pracy. Materiały fotograficzne, które rejestrują obraz, są po prostu ze swojej natury wrażliwe na światło.

Jak więc wywołać kliszę?

Żeby „wywołać kliszę”, czyli wywołać tak zwany obraz utajony, używa się światłoszczelnego pojemnika o nazwie koreks, w którym umieszczamy szpule z wcześniej nawiniętym na nie filmem. Następnie stosujemy kolejno kąpiele, w takich płynach chemicznych jak wywoływacz i utrwalacz. Z punktu widzenia filmu proces przebiega bez dostępu do światła. Po „zabiegach” w koreksie film jest gotowy do wyjęcia i można już go obejrzeć przy świetle. To właśnie wtedy po raz pierwszy widzimy, co nam wyszło na zdjęciach. W taki sposób otrzymujemy obraz negatywowy – czyli to, co jest normalnie białe, widzimy jako czarne i na odwrót. Jest on zazwyczaj mały, ma wymiary 24×36 milimetrów.

Czyli mamy już wywołany film, ale przecież docelowo chcemy trzymać w rękach papier z naszym zdjęciem. Co robimy dalej?

Żeby z kliszy zrobić „prawdziwe, papierowe zdjęcie” – które fachowo nazywa się odbitką – musimy film umieścić w powiększalniku, czyli swego rodzaju rzutniku, który powiększa nam obraz i dokonuje jego projekcji na papierze światłoczułym. Jego też nie można, oczywiście, wystawiać na światło, ale tu jest trochę łatwiej, bo papiery fotograficzne zazwyczaj są „ślepe” na światło czerwone, więc na tym etapie możemy sobie ciemnię oświetlić czerwoną żarówką. Wracając do powiększalnika, to taki vintage Photoshop – to tu wykonujemy edycję zdjęcia, ustawiamy ostrość, kadrujemy je, rozjaśniamy, przyciemniamy i tak dalej. Potem znów używamy płynów – wywoływacza, przerywacza i utrwalacza, w których kolejno zanurzamy naświetlony papier, i wtedy pojawia się obraz. Na koniec wystarczy wysuszyć odbitkę i zdjęcie gotowe.

Wprawdzie zdjęcia z Pana wystawy „Ostatni przystanek”, którą 18 stycznia otworzy M-GCKiS w Choroszczy, były drukowane cyfrowo, ale robił je Pan aparatem analogowym. Mówi Pan o tej wystawie, że to próba odtworzenia Pańskich wspomnień z dawnych czasów, kiedy dużo czasu spędzał Pan na dworcu i jego okolicach, czekając na autobus.

Lubię w ramach hobby zwiedzać Białystok – biorę aparat, chodzę po mieście i fotografuję rzeczy, które wywołują moje zainteresowanie. Mam w komputerze zeskanowanych około 200 filmów. I kiedy pewnego razu zacząłem je przeglądać, zorientowałem się, że podświadomie zwracam uwagę na miejsca czy rzeczy, które kojarzą się z PRL-em, bo okazało się, że mam naprawdę sporo właśnie tego typu zdjęć. Dlatego na tej wystawie pozwoliłem sobie na sentymentalną podróż w przeszłość.

Pytanie na koniec: czy każdy może zostać fotografem?

Tak. To tylko kwestia, czy się chce to robić, czy nie. W obecnych czasach prawie każdy ma telefon z aparatem, a naprawdę nie trzeba mieć od razu lustrzanki, bo zdjęcia można robić wszystkim: na przykład właśnie telefonem czy tanim aparatem. Podstawowa rzecz to dużo fotografować i nie poddawać się, nie popadać w perfekcjonizm. Trzeba pamiętać, że to trening czyni mistrza.


Wernisaż wystawy Piotra Niedźwiedzia „Ostatni przystanek” odbędzie się 18 stycznia 2023 roku, o godz. 18:00, w Miejsko-Gminnym Centrum Kultury i Sportu w Choroszczy. Wstęp wolny.

Portret Piotra Niedźwiedzia wykorzystany w artykule wykonał Maciej Mikołajczak.